Horoskop na lato

Ciemna, głęboka dolina.

Reklamy

Nie do opisania

Drogi pamiętniczku, brakuje mi słów. Słowa mnie zawiodły. A chciałem od nich tylko jednego: żeby były piękne.

Chciałbym potrafić pięknie opisać coś prostego. Ale też, chciałabym potrafić opisać to co czuję, to co czuję głęboko w środku. W obu przypadkach czuję się bezradny.

Starałem się wrócić do pisania poezji. Nie wiem czy jeszcze to w sobie mam. Jakby to kiedykolwiek miało wartość.

Myślę o prymitywnym malarstwie naskalnym pierwszych ludzi, o obrysach dłoni na kamieniu. Tak się opisać. Prosto i elegancko.

Osobista Archeologia

Znanazłem coś ciekawego, podczas przegrzebywania starego dysku sieciowego, na którym postanowiłem wreszcie zrobić porządek, o czym wspominałem zresztą tutaj. Znalazłem tam opowiadanie, z 2013 roku, kiedy byłem bardzo głupi przecież, i nawet nie studiowałem kulturoznawstwa. Teraz, czyta mi się je dziwnie, odrzuca samo patrzenie na litery. Nie jest dobre. Co więcej, jest mocno niepokojące. Ale, hej, jeżeli chcecie wiedzieć, co mogłem napisać parę lat temu, to właśnie to.


Czytaj dalej „Osobista Archeologia”

10 lat blogowania

Pomarańczowa kropka notyfikacji. WordPress informuje przyjacielsko — mija dziesięć lat, odkąd założyłeś konto. Dziesięć lat pisania! Dziesięć lat pisania za rzadko, dziesieć lat życia. Te trudniejsze dziesięć lat, ciekawsze. Żałuję, że nie przeniosłem — przynajmniej jeszcze nie — tego doświadczenia na tekst odpowiednio. Chociażby tutaj. Ale zaraz, przecież nie zaczęło się tutaj!

Dziesięć lat temu nie było łatwo o dysk sieciowy. Łatwo było za to o takie popsucie komputera (a zwłaszcza przy mojej ciekawości połączonej z niskimi umiejętnościami), które kończyło się trwałą utratą wszystkich zapisanych dokumentów. Ba, łatwo było nawet o zawieszenie się, i utratę niezapisanych danych! A przecież miałem tyle do powiedzenia, tyle do powiedzenia ile może mieć tylko piętnastolatek.

I kiedy, po takiej właśnie awarii, straciłem wszystkie moje wiersze — a przynajmniej te które nie były zapisane na papierze — założyłem konto tu, w serwisie. który nie tylko pozwalał publikować,  ale również sprawiał, że to wszystko nie zniknie od tak. Zaryzykowałem wtedy, że prąd i cały internet nie znikną nagle. Póki co się opłaciło.

Pora stworzyć drukowane kopie.

No ale, na moim pierwszym blogu pisałem i zbierałem licealne wiersze. Było ich ponad sto! I do teraz istnieją, bezpiecznie zamkniete za kłódką ograniczonego dostępu, której nie zdejmę nigdy. Z zażenowania. Czasem pisałem tam też tradycyjne blognotki, ale nie zgrywał mi się obraz tej strony. Nie pasowało jedno do drugiego. Publikacje z czasem ustały.

Kilka lat później, po maturze, w niezwykle ważnych formatywnych latach, razem z niezwykle ważną dziewczyną założyliśmy sobie po blogu. Pisalibyśmy wspólnie, wspólnie dodając sobie otuchy. Na dłuższą metę to nie zadziałało.

Ale to właśnie ten blog, ten blog który teraz ma moje imię i nazwisko w adresie, a wtedy miał frazę ze śmiesznej piosenki. Nie wiem, czy wtedy nie był lepszy. Łatwiej pisało się wtedy o takich rzeczach, jak najlepsza pizza. Łatwiej pisało się głupotki o swoich lękach.

To nazwisko to był błąd. Kilka prób dotarcia do szerszej publiczności — również bład. Cieszę się, że na końcu zostało osobiście. Mniej osobiście, niż mogłoby być w miejscu zupełnie anonimowym. Takim, którego nikt nigdy nie przeczyta. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy sprawdza moje nazwisko przed rozmową o pracę.

Na szczęście od tego są dzienniki, ze stronami ciężkimi od lęków i śmiechu.


W nagłówku znajduje się moje zdjecie, mniej więcej z połowy drogi na wordpressie, chyba z początków istnienia tego bloga. Znalazłem je przy porządkach na dysku sieciowym. Nie jestem pewien, nie jestem pewien. Prawie się też już nie poznaję.

Wszystko przemija jak sen.