O wszystkim co spaliłem

Byłem w starym domu, pustym od roku, a tam, cóż, piec. Na drewno i węgiel. Ale tutaj więcej o rozpałkach.

Paliłem w piecu pustym blokiem technicznym.

Angorą, w której Korwin-Mikke pisał o tym, dlaczego nie wróci do polityki.

Dyplomem mojej mamy, za organizację konkursu Rachmistrz.

Rocznikami młodego technika. Dziadek kupował od pierwszego numeru, oprawiał je w zbiorcze okładki, stoją tam w górze.

Antologią nieznanych mi opowiadań, bez okładki, nie znam tytułu ani autora.

Choinką, która stała w tym domu w wigilię.

Traktatem o tolerancji Woltera.

Od tej rozpałki zapalało się drewno, czyli stare meble cięte na plasterki w byłej oborze. Wieszaki na ubrania. Ramki na wosk (za domem stoi pasieka). Resztki nierozpoznawalnych już drewnianych konstrukcji, rozbitych regałów, może klatek na kury, może skrzynek na narzędzia, może szuflad na śrubki, może to noga od stołu a może to

Wszystko traciło rozpoznawalność jeszcze bardziej na pile, a w końcu znikało w piecu. Razem z węglem, z tymi szczątkami pradawnych roślin i zwierząt sprasowanymi przez historię. Wszystko w popiół, piękne. Dopycham to solidnym kawałkiem pieńka, wkładam do pieca ręce, łokcie, nurkuję głową, oczy zachodzą łzami od dymu.