Ból tworzenia – o Indie Game: The movie.

Obejrzałem film, o którym chciałbym napisać kilka słów. To Indie Game: The movie. Dokument, opowiadający historię kilku twórców gier niezależnych. Film, który był dla mnie fascynujący, i dotykający, chociaż nie mam z grami wiele wspólnego.

To dobrze zrobiony dokument, klasyczny w formie. Poznajemy parę deweloperów któzy zblirzają się do wydania swojej gry, jednego który odniósł sukces kilka lat wcześniej, i jednego, który wciąż premierę swojej gry odwleka w przyszłość. Najciekawiej wypowiada się autor Braid, sukcesu sprzed lat, Jonathan Blow, ale każdy z nich mówi coś ciekawego, i każdy z nich jest bardzo prawdziwy.

Film dotyka wątku, że oni, niezależni twórcy, są pierwszą generacją która dorastała z grami, z grami kupowanymi dla nich przez rodziców. Dla nich gra jest naturalnym środkiem rozrywki, i wyrazu. Ciekawe wydaje mi się, że każda z tych indie gier jest platformówką, bo w takie grali oni. Dla mnie to pewnie byłby gothikopodony rpg. Ale, tak naprawdę, gry nigdy nie były moim medium. Dla mnie naturalnym środkiem wyrazu będzie obraz, film, słowo pisane, w końcu wreszcie może gra.

I tak naprawdę nie jestem nawet pewien czołówki mediów. Ale wiem, że opowieść o trudzeniu się w wyrażeniu siebie poprzez tekst – jakiego rodzaju by nie był – jest opowieścią która rezonowała ze mną mocno.

Użycie w tym celu gry niezależnej jest wyjątkowo ciekawe. Bo to znacznie bardziej kapitałochłonne, i prawdopodobnie również czasochłonne (chociaż to nie zawsze prawda), od najbardziej naturalnego: mówienia i pisania. A jednak nieco prostrze – wydaje mi sie – niż film niezależny. Przede wszystkim wymaga mniej kontaktu z ludźmi. Może dobrym porównaniem trudności wejśćia byłby film animowany? Mniejsza o to.

W każdym razie polecam film w wolnej chwili. Nie jest to film w żaden sposób wybitny, ale jest to film w którym znalazłem trochę swojego odbicia. I może Ty też znajdziesz.

Reklamy

Dunkierka

21 lipca 2017 do kin wszedł film Christophera Nolana, Dunkierka. To film robiący duże wrażenie, film będący w pewien szczególny sposób arcydziełem technicznym.

Dunkierka opowiada o wydarzeniach z II wojny światowej. Wojsko angielskie w roku 1940 wycofało się z kontynentu po nieudanej próbie wsparcia Francji w walce przeciwko nacierającej III Rzeszy. Otoczeni w Dunkierce, niemal mogą zobaczyć dom przez Kanał. 400 tysięcy żołnierzy, czekają na możliwość powrotu.

Czytaj dalej „Dunkierka”

Wojna, jaką widzimy. Z daleka.

Poniższy tekst to recenzja wystawy Wojna, jaką widzimy, zorganizowanej w Bunkrze Sztuki w Krakowie w ramach 18 edycji Miesiąca Fotografii Kraków*.

Gordon McDonald, gościnny kurator tegorocznej edycji Miesiąca Fotografii, deklaruje w tekście otwierającym wystawę wieloaspektowe zbadanie tematu wojny i wojennej fotografii. Wystawa nie opowiada o jednej wybranej wojnie. Nie skupia się też na jednym specyficznym sposobie pokazywania obrazów wojny. Zanim przejdę jednak do omawiania realizacji tych założeń, oraz wątków, które wystawa podejmuje, opowiem, jak przebiega jej doświadczanie.

Po wejściu zwiedzający trafia na wielkoformatowe zdjęcia lejów po eksplozjach. To praca Sophie Ristelhueber pod tytułem Jedenaście eksplozji. Zdjęcia umieszczone są na ściankach, wstawionych skośnie w przestrzeni sali, i tworzą środowisko, w które widz wchodzi. Ten interesujący zabieg przestrzenny nie jest powtarzany już w dalszej części wystawy, to jedynie „mocne wejście”.

Jedenaście eksplozji
Jedenaście Eksplozji, Sophie Ristelhueber. Zdjęcie – Przemysław Zając

Przechodząc dalej trafiamy do małej, przejściowej sali, w której znajdują się praca Niny Berman, fotografie reporterskie. Z jednej strony Ojczyzna seria migawek, prezentujących różnego rodzaju obecność wojskowości w Stanach Zjednoczonych (żołnierze na czerwonym dywanie, myśliwce przelatujące nad statuą wolności, kamera w kadrze z flagą USA, lokalni mieszkańcy przebrani za Irakijczyków na potrzeby wojskowej symulacji), a przeciwlegle z drugiej reportaż Ślub Żołnierza Piechoty Morskiej. To nagradzany reportaż, przedstawiający życie po wojnie i ślub Tylera Ziglera, żołnierza który został potwornie zdeformowany w skutek obrażeń  na wojnie w Iraku. Te dwa cykle do doskonałe zestawienie przyczynowo skutkowe. Hipermęska kultura wojny, i jej konsekwencje.

Następnie zobaczyć możemy wystawę prac Marthy Rosler Dom piękny, przynosząc wojnę do domu. To fotomontaże, łączące obrazy wojny, z popkulturowymi domowymi obrazami. Praca znajduje się nieco z boku. Znaczna część  prac pochodzi z okresu Wojny w Wietnamie, podczas gdy pozostałe elementy wystawy mówią o Iraku i Afganistanie. Ujęcie tematu w czasie nie zmienia się, poetyka wczesnego postmodernizmu i nurtu appropriation art wydaje się tu przestarzała. W jakiś sposób porusza to jednak problem ciągłości konfliktów zbrojnych.

odkurzanie zasłon
Odkurzanie zasłon, z cyklu Dom Piękny, Martha Rosler

Wchodzimy do dużej drugiej sali Bunkra, gdzie znajduje się praca Lisy Bernard, Bolesny przeskok, poświęcona użyciu dronów bojowych, i życiu ich pilotów. Tytułowy bolesny przeskok, to droga, jaką pokonują operatorzy dronów, między bazą wojskową w Nevadzie, a Las Vegas. Oglądamy trasę przejazdu, widzimy również uartystycznione mozaiki fotografii powietrznej – mające przypominać obrazy oglądane przy naprowadzaniu uderzeń. Punkt widzenia maszyny, to niezwykle ciekawy dla mnie wątek, obecny tutaj raczej szczątkowo – musiałem poczuć zawód z tego powodu. Ale jeszcze mniej miejsca, niż samym maszynom, poświęcono ofiarom uderzeń, wspomniane są jedynie w notce na tablice galeryjnej. Bardziej niż o życiu pod niebem, z którego może w każdej nadejść śmierć, część wystawy jest o życiu pilota. O jego nużącej pracy przed komputerem i o tym, jak brak wyjazdu na misję – a jedynie codzienny wyjazd po pracy – utrudnia oddzielenie wojny od życia codziennego i wprowadza wariację do stresu pourazowego żołnierzy

a końcu wchodzimy do zaaranżowanej czytelni, by obejrzeć projekt książki artystycznej Moniki Haller Projekt: książka weterana oraz Riley i jego historia. Książki tu wystawiane to różnego rodzaju artbooki, fotobooki, tomiki poetyckiei wspomnienia. Stworzone zostały one nie tylko przez weteranów, ale również przez osoby dotknięte wojną w najróżniejszy sposób. Książka weterana to bardzo ciekawy projekt, który powstawał na warsztatach, przy współudziale terapeutów, redaktorów oraz . Efekt to niezwykle różnorodny zbiór bardzo indywidualnych, intymnych opowieści. Ta część wystawy jest najciekawsza – jednocześnie jest to sztuka bardzo wartościowa w ujęciu relacyjnym, została wypracowana poprzez pracę w tkance społecznej, a dodatkowo oferuje mozaikę bardzo osobistych punktów widzenia. W mojej ocenie, ta instalacja jest najmocniejszym punktem ekspozycji.

W tekście otwierającym wystawę możemy przeczytać: W pracach, które złożyły się na wystawę Wojna, jaką widzimy, podejmują one na różne sposoby temat wojny, wszystkie jednak korzystają z nowatorskich lub niecodziennych technik, czym skłaniają nas do zastanowienia się nad tym, jak postrzegamy fotografie wojenne i jak za pośrednictwem obrazów poznajemy wojnę.

Mogłoby to sugerować, że wystawa skupi się na problematyce tego, w jaki sposób do nas (gdzie my to szeregowa ludność zachodniego społeczeństwa) docierają obrazy wojny. Na tym, jak wygląda fotografia reporterska, co ukazuje, co pomija. Że wystawa będzie problematyzować jakoś medium newsa i reportażu, że poruszony zostanie temat wojennej narracji propagandowej. Tymczasem, niezwykle mało jest tu obrazów wojny per se. Wojna, jaką widzimy, krąży wokół lokalnych obrazów, powracających żołnierzy. Sceny konfliktu, bądź jego realnych konsekwencji, jeżeli już się pojawiają, to przetworzone i zniekształcone – albo są częścią rekonstrukcji (Jedenaście eksplozji), albo są fragmentem fotomontażu (Dom piękny).

Usunięcie niemal głównego sposobu obrazowania wojen w kulturze, to interesujący wybór kuratorski. Narracja wystawy skupia się bardziej na nas, na domu, na miejscu, w którym jest pokój, ale które również jest pokrzywdzone przez wojnę. Wybór ten sprawia, że wypowiedzi są bardzo osobiste, wyraziste. Jednocześnie, tworzy to nieprzyjemną etycznie amerykocentryczność wystawy.

Interesujące jest również to, że Gordon McDonald oddał głos wyłącznie kobietom. Widzę w tym dużą wartość, płynącą z unikalności tego gestu. W końcu, wojna to „sprawa mężczyzn”. Sztuka zebrana na wystawie często uderza w narracje o chwalebnym obowiązku żołnierzy. Najsilniej o tym kulturowym miejscu wojny w amerykańskim społeczeństwie mówią cykle Niny Berman.

Największą wadą jest w moim odczuciu wspominana powyżej amerykocentryczność. Jest zrozumiała – w końcu wszyscy artyści i kurator należą do anglosaskiego świata, a amerykańska kultura wpływa silnie również na polską. Ale jednocześnie, uderza mnie pochylenie się nad żołnierzami, którzy cierpią na PTSD, bądź jak operatorzy dronów cierpią na niewygody pracy przy komputerze, przy jednoczesnej ciszy o stronie zaatakowanych przez armie NATO, ciszy o ofiarach cywilnych. O doświadczeniu wojny tu, na miejscu, a nie Jednocześnie, nie ma na wystawie wspomnienia o polskim udziale we wspomnianych konfliktach. Brak tego wciąż niedostatecznie rozliczonego wątku, jest odczuwalnym przeoczeniem kuratora.

Równocześnie, być może przez bliskość zaproponowanych perspektyw wystawa niewiele mówi o ogólnej istocie wojen, nie zajmuje się powodami, z których są prowadzone, nie porusza wątków tego, kto na wojnach korzysta. Nie zadaje pytania: dlaczego to sobie robimy? Niedotykanie tych kwestii niekoniecznie jest wadą – w końcu mówię tu o rzeczach, których nie widzimy, więc wbrew tytułowi wystawy. Warto byłoby je zobaczyć.

Podsumowując, Wojna jaką widzimy to wystawa interesująca i warta zobaczenia. Jest to zasługa przede wszystkim ciekawych prac artystów, które udało się zebrać. Warto jednak pamiętać, o tym, czego w narracji prezentowanej przez kuratora brakuje.


*Wystawa czynna w terminie 20.05-18.06.2017 pod kuratorstwem Gordona McDonalda. Artystki, które biorą udział w wystawie to  Lisa Barnard, Nina Berman, Monica Haller, Sophie Ristelhueber, Martha Rosler

Jak przegrałem Wojnę Sztuki

Kiedy szukałem porad dla tak zwanych kreatywnych, wielokrotnie natrafiałem na polecenie książki The War of Art Stevena Pressfielda. Wierzę, że warsztat wyrabia się nie tylko ćwiczeniem i „inspiracją”, ale też edukacją – pozyskiwaniem nowych narzędzi. Przeczytałem tę książkę od deski do deski, i muszę przyznać, znalazłem w niej coś mądrego. Coś rozjaśniającego proces twórczy. Ale! Ale całą tą mądrą treść można by zapisać w trzech akapitach, a dodatkowo podczas lektury należy uważać na szkodliwe pomysły.

Czytaj dalej „Jak przegrałem Wojnę Sztuki”