Manifesto. Sztuka ekspresji.

Manifest to bardzo specyficzny gatunek literacki. Pisze się raczej nieczęsto, a czyta jeszcze rzadziej. Mieliście kiedyś doświadczenie czytania ciągiem manifestów awangardowych? Ja miałem. A teraz, w kinie, przeżyłem coś podobnego. Oto kilka słów o tym czym jest Manifesto Juliana Rosefeldta.

Czytaj dalej „Manifesto. Sztuka ekspresji.”

Reklamy

Jak grałem w Wiedźmina

Ukończyłem niedawno oba dodatki do Wiedźmina 3. Podstawkę ukończyłem w ubiegłoroczne wakacje. Licznik godzin zatrzymał się na: 135. Niemało, niedużo. I tak: późno. Nie ma sensu pisać teraz recenzji, ale gra zrobiła na mnie wrażenie — i wrażeniami się z wami podzielę. W postaci luźnych notatek.

Impulsem były po części studia, ale w żadnym wypadku nie będę się też silił na tekst groznawczy. Czasem tylko użyję terminologii.

Czytaj dalej „Jak grałem w Wiedźmina”

Osobista Archeologia

Znanazłem coś ciekawego, podczas przegrzebywania starego dysku sieciowego, na którym postanowiłem wreszcie zrobić porządek, o czym wspominałem zresztą tutaj. Znalazłem tam opowiadanie, z 2013 roku, kiedy byłem bardzo głupi przecież, i nawet nie studiowałem kulturoznawstwa. Teraz, czyta mi się je dziwnie, odrzuca samo patrzenie na litery. Nie jest dobre. Co więcej, jest mocno niepokojące. Ale, hej, jeżeli chcecie wiedzieć, co mogłem napisać parę lat temu, to właśnie to.


Czytaj dalej „Osobista Archeologia”

10 lat blogowania

Pomarańczowa kropka notyfikacji. WordPress informuje przyjacielsko — mija dziesięć lat, odkąd założyłeś konto. Dziesięć lat pisania! Dziesięć lat pisania za rzadko, dziesieć lat życia. Te trudniejsze dziesięć lat, ciekawsze. Żałuję, że nie przeniosłem — przynajmniej jeszcze nie — tego doświadczenia na tekst odpowiednio. Chociażby tutaj. Ale zaraz, przecież nie zaczęło się tutaj!

Dziesięć lat temu nie było łatwo o dysk sieciowy. Łatwo było za to o takie popsucie komputera (a zwłaszcza przy mojej ciekawości połączonej z niskimi umiejętnościami), które kończyło się trwałą utratą wszystkich zapisanych dokumentów. Ba, łatwo było nawet o zawieszenie się, i utratę niezapisanych danych! A przecież miałem tyle do powiedzenia, tyle do powiedzenia ile może mieć tylko piętnastolatek.

I kiedy, po takiej właśnie awarii, straciłem wszystkie moje wiersze — a przynajmniej te które nie były zapisane na papierze — założyłem konto tu, w serwisie. który nie tylko pozwalał publikować,  ale również sprawiał, że to wszystko nie zniknie od tak. Zaryzykowałem wtedy, że prąd i cały internet nie znikną nagle. Póki co się opłaciło.

Pora stworzyć drukowane kopie.

No ale, na moim pierwszym blogu pisałem i zbierałem licealne wiersze. Było ich ponad sto! I do teraz istnieją, bezpiecznie zamkniete za kłódką ograniczonego dostępu, której nie zdejmę nigdy. Z zażenowania. Czasem pisałem tam też tradycyjne blognotki, ale nie zgrywał mi się obraz tej strony. Nie pasowało jedno do drugiego. Publikacje z czasem ustały.

Kilka lat później, po maturze, w niezwykle ważnych formatywnych latach, razem z niezwykle ważną dziewczyną założyliśmy sobie po blogu. Pisalibyśmy wspólnie, wspólnie dodając sobie otuchy. Na dłuższą metę to nie zadziałało.

Ale to właśnie ten blog, ten blog który teraz ma moje imię i nazwisko w adresie, a wtedy miał frazę ze śmiesznej piosenki. Nie wiem, czy wtedy nie był lepszy. Łatwiej pisało się wtedy o takich rzeczach, jak najlepsza pizza. Łatwiej pisało się głupotki o swoich lękach.

To nazwisko to był błąd. Kilka prób dotarcia do szerszej publiczności — również bład. Cieszę się, że na końcu zostało osobiście. Mniej osobiście, niż mogłoby być w miejscu zupełnie anonimowym. Takim, którego nikt nigdy nie przeczyta. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy sprawdza moje nazwisko przed rozmową o pracę.

Na szczęście od tego są dzienniki, ze stronami ciężkimi od lęków i śmiechu.


W nagłówku znajduje się moje zdjecie, mniej więcej z połowy drogi na wordpressie, chyba z początków istnienia tego bloga. Znalazłem je przy porządkach na dysku sieciowym. Nie jestem pewien, nie jestem pewien. Prawie się też już nie poznaję.

Wszystko przemija jak sen.

Ghost Story

Opowiem ci o duchu. O umęczonej duszy człowieka, która została na ziemi. Która nie może odejść, bo ma niedkończone sprawy. To nie jest jakaś specjalnie straszna historia. To historia strasznie smutna. Ghost Story, to film który można właśnie zobaczyć w kinach studyjnych. Bardzo mi się spodobał.

Baśń o duchu

To film oparty na niesłychanie prostej ramie konstrukcyjnej, jaką jest przytoczony przeze mnie w akapicie wyżej mit o duchu. Indywidualna historia bohatera jest opowiedziana szczątkowo, w detalach i zdawkowych dialogach. W filmie pada niewiele słów, niewiele się dzieje. Duch patrzy. Taka prostota jest odświeżająca, ten film pod tym względem przybliża się do funkcji i charakterystyk baśni.

Wyjątkowo ciekawe jest przełożenie punktu widzenia z ludzkiego, na ponadnaturalny. To zdarza się niezwykle rzadko! I nie mówię tu nawet o prostej zmianie, gdzie uwagę skupia się nie na człowieku, ale na uczłowieczonej postaci pozornie nieludzkiej. Mówię tutaj o gadających myszach, duchach z twarzami, bestiach z bajek, kosmitach. Żadko zdarza się, że historia opowiadana jest z perspektywy naprawdę narracyjnie nieludzkiej.

Poetyka indie

Ghost Story jest filmem bardzo wyraźnie niezależnym. Jego poetyki wręcz krzyczą: nie robimy tego dla pieniędzy! Jestem sztuką! Nagródź mnie na festiwalu! Jeśli znacie gusta jurorów Sundance wiecie, jakie jest Ghost Story. Jeśli nie, pozwólcie, że wytłumaczę:

Film wygląda, jakby był kręcony starą, domową, analogową kamerą (chociaż nie był), i jest przycięty do formatu 1:33, z zaokrąglonymi rogami. Ujęcia są długie, statyczne. Często nikt nic nie mówi. Muzyka to też muzyka niezależna. Kostium ducha – białe prześcieradło.

I szczerze? To nie jest artystyczne ani awangardowe… Ale podoba mi się, podoba mi się w tym filmie. Zwłaszcza kostium. Ostrzegam jednak, ta hipsterska moda może drażnić. Może drażnić, ale warto to przetrawić, i przyjżeć się temu nie jaki jest, a o czym jest ten film.

vlcsnap-2017-10-05-23h24m45s317

Żałoba

Ufam, że czytelnik wie, czym jest żałoba. To uniwersalne przeżycie, każdego człowieka. To przeżycie zostało pięknie w tym filmie sportretowane. Z niezwykłego punktu widzenia.

Bo to nie tylko żałoba po zmarłym. Po człowieku, który teraz ogląda swoją żonę, wdowę. Wdowa (w tej roli niesamowicie piękna Rooney Mara) swoją żałobę przeżywa w miarę zdrowo.

Ale jest tu też jego żałoba. Po związku, którego nie zdążył zrealizować tak, jakby chciał. Nie może pogodzić się ze stratą. Nie może odpuścić. I jedyne, do czego to prowadzi, to cierpienie.

Dlatego myślę, że to niezwykle ważna opowieść. Daje dostęp, do tej trudnej prawdy, że żałoba to coś więcej niż czarne ubranie zakładane po śmierci kogoś bliskiego. To proces, proces który musimy przechodzić czasem w sytuacjach, które z żałobą tradycyjnie rozumianą niewiele mają wspólnego. Dlatego bardzo dobrze sobie to uświadomić. To pomaga zrozumieć lepiej samego siebie. I przez ten proces przejść. Być może ten film pozwoli komuś to zrozumieć – a przynajmniej pozwoli dotknąć przez emocje tego obszaru osobowości, który taką pracę, gdzieś tam w głębi, wykonuje.

W prześcieradle

W tym filmie są pewne decyzje kreatywne, które mogą mu bardziej szkodzić niż pomagać. Czasem prostota może wydawać się banalna. Ale czy oglądamy filmy tylko po to, żeby oceniać je rozumem? Ghost Story oceniane sercem, sprawia ogromne wrażenie. To film dla wrażliwców, to film dla ludzi ceniących delikatność. Ja taki jestem. Ja też nie mogę sobie odpuścić.

Ocena: 8.5/10