„Wyspa Psów” („Isle of Dogs” Wes Anderson 2018) – recenzja filmu

„Wyspę psów” możecie sobie odpuścić. Chciałem się dobrze bawić na tym filmie – czekałem na niego, lubię Wesa Andersona, lubię animacje kukiełkowe, kocham psy. Wychodzi więc, że powinienem być zadowolony, a tu o. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale to na co narzekam skutecznie odebrało mi radość filmu.

Słowem wstępu: co to w ogóle za film? „Wyspa psów” zabiera nas do świata, w którym wszystkie psy z japońskiej metropolii zostały wywiezione na wyspę-śmietnisko. Bo były chore. Dwunastoletni chłopiec, Atari Kobayashi leci na wyspę po to, żeby znaleźć swojego psa.

(wpis dostępny na facebooku, a także w wersji audio na youtube)

Przy czym perspektywa jest (niby) psia. Japońskie kwestie są tłumaczone tylko czasami. Psy rozmawiają ze sobą po angielsku, i nie rozumieją mówiących do nich po japońsku ludzi – tak jak nie rozumie tego widz.

 

 

 

No i tu zaczynają się problemy. Żeby te problemy były – mam nadzieję – czytelnie, podzieliłem je na trzy kategorie. Narracja, estetyka, i etyka.

Narracyjnie „chłopiec i pies” to podręcznikowy przykład wzruszającej historii. Na bardzo podstawowym poziomie empatycznych odruchów chwyta to za serce. Przynajmniej w teorii! Bo tutaj, tutaj jakoś nie może to na mnie zadziałać. Czy coś jest  ze mną nie tak? Założę, że jednak z filmem. Brakuje w nim jakiejś emocjonalnej szczerości.

Do tego bardzo atrakcyjne pomysły są tu nieznośnie marnowane. „Wyspa psów” czytam, i myślę, że zobaczę może… psi świat? Tymczasem obracamy się tylko wśród kilku psich bohaterów. Wiem, wiem, psie społeczeństwo to koncept zbyt bajkowy? W każdym razie, nawet już pozostając tylko w tej watasze mogłoby być ciekawiej. Właściwie nie dzieje się jednak nic ciekawego między nimi – brakuje jakiegoś sensowniejszego konfliktu. Nasze psy, to grupa psów alfa: mają imiona takie jak Szef, Wódz, Król, etc. Pojawia się coś na tej linii… ale niewiele.

Zbyt prosta fabuła, czy zbyt nieciekawi bohaterowie – to nic, nie do końca po to się idzie na Wesa Andersona. Idzie się dla stylu! I faktycznie, ten film doskonale się wpisuje w te jego autorskie ćwiczenia. Widać to na każdym kroku – od sposobu prowadzenia narracji, przez charakterystyczne detale, po ruch kamery i scenografię. Animacja dodatkowo jeszcze wydobywa to co w tym stylu najbardziej Andersonowskie.

Pustawa opowieść może być warta zobaczenia tylko przez swoje podanie. Może i ta też jest.

Nie pierwszy raz Anderson sięga po estetykę obcej kultury. W „The Darjeeling Limited” kultura indyjska jest przejęta po to, żeby opowiedzieć o uzdrowieniu braterskich relacji i w jakiś sposób o żałobie. W „Grand Budapest Hotel” orientalizowana jest w jakiś sposób Miteleuropa, i to jest chyba mój ulubiony z jego filmów.

W końcu, to co najbardziej mnie gryzie w „Isle of Dogs”. Może jestem skażony Orientalizmem Saida i postkolonialnymi perspektywami, że nie mogę tego przyjąć bez komentarza. Kultura japońska jest tutaj tak bezlitośnie patroszona, sprowadzana do karykaturalnej wręcz prostoty, że to jest dla mnie niesmaczne. No ale  – powiesz – przecież powiedziałeś, że nie przeszkadzało ci to u Andersona wcześniej. Nie wiem! Może czarę goryczy przelewa to, że poza przejęciem japońszczyzny Wes tutaj czerpie z estetyki holokaustu.

I nie mówię o jakichś tam metaforach. Mówię o frazach typu „ostateczne rozwiązanie kwestii psiej”, obozie, i wreszcie wywieszonym nad nim znaku „Welcome Dogs”, stalowym, łukowatym, naśladującym „arbeit macht frei”.

Zając nie bądź głupi – powiesz – w sztuce się te znaki przetwarza i to normalne. Eksterminacja psów była metaforą rasizmu chociażby w „Białym Psie” Kornéla Mundruczó (który to film lubisz), widziałeś obozy z klocków lego Libery, „Kunst macht frei” wisi w mocaku. Appropriation art ma długą historię którą znasz. I lubisz!

 

 

 

Tak. Nie ma niczego z definicji złego w przejmowaniu znaków kultury czy historii, i używaniu ich jak kukiełek w swoim kukiełkowym przedstawieniu. Ale Wes Anderson robi to słabo, nieciekawie, banalnie, i w złym smaku.

Wylewają się ze mnie gorzkie słowa, bo liczyłem na ten film i się zawiodłem. Może Tobie się mimo to spodoba, nie zdziwię się jeżeli mój głos krytyki pozostanie samotny. Bo elementy do udanego filmu na ekranie są – przeważa chyba wyłącznie kwestia smaku.

Moja ocena: 5.5/10

 

Aha, ale poczucie humoru mi się podobało.

Dodatkowa Lektura:

Reklamy

3 myśli na temat “„Wyspa Psów” („Isle of Dogs” Wes Anderson 2018) – recenzja filmu

  1. Ooo! Chciałam się wybrać na ten film, a tu taka negatywna opinia. Mnie na przykład w filmach denerwuje, jak wszyscy np. Niemcy w Niemczech podczas II wojny światowej mówią amerykańskim angielskim i w tym właśnie języku dogadują się z Żydami, Polakami, Rosjanami i wszystkimi innymi, więc może ten motyw z nierozumieniem japońskiego być dla mnie interesujący. Chociaż z drugiej strony powinny być do tego napisy, bo po co w filmie robić takie dialogi, których większość społeczeństwa nie zrozumie?

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s