Księżyc Jowisza

Kornel Mundruczó, węgierski reżyser młodszego pokolenia miał właśnie w polsce premierę swojego filmu, Księżyc Jowisza. Film ten jest trudny w streszczeniu. Spróbuję więc wyliczyć o czym to jest film.

To film o syryjskim uchodźcy, który zostaje postrzelony przy przekraczaniu granicy węgierskiej. To film o tym, że zamiast umrzeć, po postrzeleniu zaczął lewitować. To film o lekarzu alkoholiku, który przegrał życie, i teraz stara się je odzyskać cynicznie wykorzystując magicznego chłopaka. To film o bogu i aniołach? O społeczeństwie i narodzie węgierskim? O uchodźczym kryzysie humanitarnym?

Realizm magiczny

Najpierw należy zrozumieć, na co w ogóle patrzymy. To część recenzji o realiźmie magizcnym, i o tym, dlaczego uważam, że to dobra kategoria opisu Księżyca Jowisza. Chociaż niedokładna.

Realizm Magiczny to taki specyficzny gatunek, w którym w rzeczywistość – w zwykłą, codzienną rzeczywistość – wdzierają się cuda. Ale kiedy wchodzi w rzeczywistość świat fantastyczny, nie powoduje on szoku. Jest również przyjmowany jak codzienny, akceptowany wewnątrz narracji. W tym gatunku często też akcja dzieje się poza czasem, w czasie mitycznym, w miejscu oderwanym od centrum. To gatunek dobry dla emancypacji peryferii.

Ale Księżyc Jowisza nie pasuje dokładnie do tego opsiu. Czas przede wszystkim – problem jest współczesny. Cudowna umiejętność naszego bohatera również nie jest do tak przyjęta do rzeczywistości: szokuje lekarza, szokuje wszystkich innych którzy są świadkami. Ale nie łamie ona ich światopoglądu. Lekarz na przykład, od razu zaczyna kombinować, jak na niej zarobić, zamiast – czego spodziewałbym się po lekarzu – szukać wytłumaczenia.

(to w ogóle temat na osobną, długą notkę. Kiedy będzie gotowa, tu pojawi się odnośnik. Póki co, polecam też notkę o Opowieściach Galicyjskich, które mieszczą się też w ramach gatunku)

Srocze ogony

Myślę, że zanim jak na krytyka przystało zdam relację ze swoich emocji, ciekawym zabiegiem będzie przejście przez zadania retoryki. Taki przegląd jest – wydaje mi się – konieczny dla wyciąnięcia problemów filmu.

I. Inwencja

Wynajdywanie tematu przez autora. Jak już pisałem na początku – tematów autor wynalazł wiele. Są tu refleksje o bogu, o celu w życiu, o rodzinie (niewielkie), jest fabuła o odkupieniu, jakaś tam myśl historystyczna. W inwencji Mundruczó widać jego ambicje. Ambicje stworzenia filmu wielkiego, takiego który przejdzie do historii węgierskiego kina.

II. Dyspozycja

Czyli konstrukcja i kompozycja. I tu niestety wszystko się sypie. Tematy są podejmowane zdawkowo i porzucane. Bohaterom brakuje charakteryzacji. Doktor będzie przeżywał przemianę, ale tylko on w tej opowieści przypomina człowieka.

Wątki religijne przytłaczają wątki ludzkie. A i same wątki religijne prowadzone są niezgrabnie.

Na poziomie społecznym znowu, znowu brakuje charakteryzacji. Problem uchodźczy jest zaniedbany, zaniedbane są problemy węgierskie, wszystko zdaje się ciążyć ku banałowi.

III. Elokucja

Dobór słów – czyli tu, dobór ujęć. To warstwa najlepsza. Wizualia są piękne, sceny pod wodą i sceny lewitacji robią wrażenie, ale nawet w zwykłych scenkach z codzienności, Mundruczó majuje kolorem i oświetleniem w niesamowicie piękny sposób.

Ale, to przecież za mało.

Mundruczó próbował złapać nie dwie, a o wiele więcej srok za ogon. Mogło się udać! Ale się nie udało.

Uchodźca Jezus

To taki film, który myślę, warto obejrzeć. Warto samemu prześledzić problemy, jakie ma. A sprawił, że jak się poczułem? Sprawił, że poczułem się trochę gorzej na temat Europy – w pierwszych piętnastu minutach – a później to już zbyt oderwał się od rzeczywistości, żeby traktować go poważnie. Ani Tarkowski, ani Nolan*.

Osobnym problemem jest sam pomysł portretowania uchodźców w ten sposób. Ja akceptuję, w tak napakowanym metafizyką filmie, uchodźcę-zbawiciela. Z drugiej strony jednak, pojawiający się zły uchodźca terrorysta – może w wyniku chęci jakiegoś prawdopośrodkowizmu reżysera, bądź nawet tylko dla podbicia dramatyzmu – to przedstawienie społecznie szkodliwe w tym momencie historii. Oba te przedstawienia wymagają wiele więcej uwagi i ostrożności, tu, przez niezdarność w opowiadaniu, wychodzi to brzydko.

Polecam za to Białego Boga, poprzedni film tego reżysera. Tam alegorią dla rasizmu są psy – ale to działa. Gdybym znał tylko Księżyc Jowisza, spisałbym go chyba na straty przez nieudolność, ale dzieki Białemu Bogu myślę, że Mundruczó jeszcze ma przed sobą jakieś dobre filmy. Może ma przed sobą swój najlepszy.

Ocena

Film, który może się podobać wizualnie. Film, który może być podstawą do wartościowej dyskusji. Ale zbyt niezdarny

Księżyc Jowisza (2017) – 5.5/10


*W swojej recenzji Michał Walkiewicz wbił celną szpilę w scenę, w której główny bohater wykorzystuje swoją moc, by ukarać Rasistę. Lewituje pośrodku pokoju, a pokój obraca się z nim, poniewierając ofendera po sufitach i ścianach razem z wszystkimi luźnymi przedmiotami.  Michał opisuje tę scenę jako wynik „intelektualnej gorączki reżysera”. Ja widzę tu jednak intelektualne zamroczenie: chociaż w innych miejscach stara się opowiadać o moralności, tu zapomina o niej dla efektywnego ujęcia.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Księżyc Jowisza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s