Jak przegrałem Wojnę Sztuki

Kiedy szukałem porad dla tak zwanych kreatywnych, wielokrotnie natrafiałem na polecenie książki The War of Art Stevena Pressfielda. Wierzę, że warsztat wyrabia się nie tylko ćwiczeniem i „inspiracją”, ale też edukacją – pozyskiwaniem nowych narzędzi. Przeczytałem tę książkę od deski do deski, i muszę przyznać, znalazłem w niej coś mądrego. Coś rozjaśniającego proces twórczy. Ale! Ale całą tą mądrą treść można by zapisać w trzech akapitach, a dodatkowo podczas lektury należy uważać na szkodliwe pomysły.

To, co dobrze robi Pressfield w swojej książce, to coachuje. Wypowiada się w sposób, który zbliżony jest tym przystępnym amerykańskim akademikom. Wiecie, tym, którzy ustanawiają swoją tezę, a później, w krótkich zdaniach, w krótkich paragrafach – w kółko ją powtarzają. I jeszcze raz, i jeszcze! Pressfield nazywa siłę, która sprawia, że nie podążamy ścieżką swojego życia Oporem, który sprawia, że boimy się spełniać marzenia. Że boimy się pracować tak, jak chcemy.

Blisko połowa książki to opisy tego, jak ten Opór działa. Jak wpędza w depresję, jak żywi się miłością bądź strachem. Opór to też samosabotaż, którego bardzo często padałem – i padam – ofiarą (o czym psiałem na przykład tutaj). Z jednej strony, właśnie przez mnogość przykładów i opisów, łatwo znaleźć w tym opis swoich problemów. A przecież opisanie swoich problemów, to najważniejszy krok do ich rozwiązania. Dlatego lektura tej książki to nie jest taka kompletna strata czasu.

Następnie Pressfield przechodzi do tego, co to znaczy być profesjonalistą. W skrócie – to znaczy pracować codziennie. Ktoś inny już powiedział: Inpiracja istnieje, ale musi zastać cię przy pracy. To jest coś, z czym trudno się spierać. I to jest coś, co jest również moją słabością. Systematyczność jest cholernie trudna.

Postaram się tu częściej pisać.

No ale, autor tak jak i w pierwszym przypadku, będzie opisywał dziesiątki razy tą samą rzecz. Codzienną pracę. Różne anegdotki, różne problemy. Wciąż ta sama treść. Nie jest to specjalnie wciągająca opowieść, ale jest to opowieść – być może stąd wypływa popularność tej pozycji. Chociaż jej wartość jest znikoma, to opowieści (zdaje się) przemawiają do ludzi.

No, i pojawia się również myśl o działaniu terytorialnym, w którym artyści funkcjonują znacznie lepiej niż działanie hierarchiczne. To jest ciekawe, ale myśl nigdy nie jest rozwinięta ponad to, co powiedziane było wcześniej.

Ogółem, pod względem merytorycznym, to jest bezwartościowa pozycja. Nie daje żadnych narzędzi, które mogą dostarczać książki bardzo praktycznie opisujące warsztat (na przykład warsztat konkretnego gatunku). Nie ma również żadnej wartości dla kogoś, kto chociaż odrobinę liznął teorię literatury i twórczości. To co ta książka może dostarczać, to motywacja. Czy was motywowałoby powtarzanie w koło: nie robisz tego co chcesz robić, bo się boisz, bo przyciska cię mityczny Opór, zacznij robić to co chcesz robić w głębi serca, a poczujesz się spełniony i szczęśliwy?

Ja, cóż, nie wiem. Staram się nie być cyniczny, to na pewno nie daje szczęścia.

Niestety, War of Art ma dwa ogromne problemy. Metafizyczny i psychologiczny – i o ile metafizyczny jest w miarę nieszkodliwy, to psychologiczny może być.

Metafizyczny problem wygląda tak: Chociaz Pressfield zastrzega, że nie musisz podzielać jego wiary, że można sobie zastąpić jego Boga i Muzy czymkolwiek swoim, to co pozostaje to wciąż myślenie, w którym determinuje nas siła wyższa. Pressfield wierzy, że Wyższe Płaszczyzny Świadomości mają na nas swój pomysł, i Muzy mogą przez nas wyrazić nasze Przeznaczenie. Uzasadnia to dosyć losowymi przykładami z poezji i mitologii. Cierpienie jest silnie związane z niewypełnianiem tego przeznaczenia – i znajduję te wszystkie słowa niewiele znaczącymi.

Gorzej, że tak naprawdę autor opisuje tylko jeden rodzaj osobowości. Widzi jednostkę, która musi podążać za swoim wewnętrznym głosem, aby być szczęśliwa. I choroby – nie tylko psychiczne, ale i fizyczne – są wynikiem poddania się Oporowi, i zaniechania swojego celu. I to jest zwyczajnie nieprawda. Ludzie są różni. Mają różnie ukształtowane psychiki. A przede wszystkim, ich problemy mogą brać się z zewnątrz – to banał – ale jesteśmy połączeni, i przez te połączenia mogą płynąć toksyny. To zwyczajnie nieprawda, że każdy jest kowalem swojego losu. Świat jest nieskończenie bardziej skomplikowany.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Jak przegrałem Wojnę Sztuki

  1. Jeju, jak świetnie podsumowałeś tę książkę. Dopóki nie założyłam własnego bloga, nie wiedziałam, że regularne publikowanie jest takie trudne.
    A dwa ostatnie zdania już całkiem podbiły moje serce.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s