Myśli o Solaris i „Niezwyciężonym”

Solaris przeczytałem kilka tygodni temu, „Niezwyciężonego” właściwie w ciągu ostatnich dni. Właściwie, bo pierwsze rozdziały usłyszałem ponad pół roku temu w formie audiobooka. Dlaczego o tym piszę?

Otóż po Solaris już pojawiła się silna chęć na pisanie o nim. Najpierw jakiejś refleksji, później ustępu w pisanym przeze mnie „człowieku poszerzonym”, później pomysł na osobny utwór, którego akcja dzieje się około pięćdziesięciu lat po Solaris (pociągnięcie myśli o Bogu Ułomnym – bardzo ciekawej, i trafiającej do mnie celnie). Dopiszę sobie chyba „Solarysta” w moim biomie. Później części „Przemysława Solarysty” i „Człowieka Poszerzonego” wylądowały jako wciąż zmieniające się fragmenty mozolnie pisanej pracy bohatera powieści (liczącej obecnie 1.5 strony). Część myśli o Solaris w formie możliwie pozbawionej egzaltacji przedstawię poniżej.

Przemysław Solarysta i Bóg Ułomny

Po pierwsze – powieść jest piękna, idealna niemal w moim mniemaniu. Ale nie będę tu recenzował książki.

Przytoczę za to ten fragment:

– Nie – przerwałem mu – mnie idzie o Boga, którego niedoskonałość wynika nie z prostoduszności jego ludzkich stwórców, ale stanowi jego najistotniejszą, immanentną cechę. Ma to być Bóg, ograniczony w swojej wszechwiedzy i wszechmocy, omylny w przewidywaniu przyszłości swoich dzieł, którego bieg ukształtowanych przezeń zjawisk może wprawić w przerażenie. Jest to Bóg… kaleki, który pragnie zawsze więcej niż może, i nie od razu zdaje sobie z tego sprawę. Który skonstruował zegary, ale nie czas, jaki odmierzają. Ustroje czy mechanizmy służące określonym celom, ale one przerosły te cele i zdradziły je. I stworzył nieskończoność, która z miary jego potęgi, jaką miała być, stała się miarą jego bezgranicznej klęski.

– Niegdyś, manicheizm – zaczął, wahając się Snaut. Podejrzliwa rezerwa, z jaką zwracał się do mnie w ostatnim czasie, znikła.

– Ale to nie ma nic wspólnego z pierwiastkiem dobra i zła – przerwałem mu natychmiast. – Ten Bóg nie istnieje poza materią i nie może się od niej uwolnić, a tylko tego chce

– Podobnej religii nie znam – powiedział po chwili milczenia. – Taka nie była nigdy… potrzebna. Jeśli cię dobrze rozumiem, a obawiam się, że tak, to myślisz o jakimś bogu ewoluującym, który rozwija się w czasie i dorasta, wznosząc się na coraz to wyższe piętra potęgi do świadomości jej bezsiły? Ten twój bóg, to istota, która weszła w boskość jak w sytuację bez wyjścia, a pojąwszy to, oddała się rozpaczy. Tak, ale Bóg rozpaczający to przecież człowiek, mój drogi? Chodzi ci o człowieka… To nie tylko kiepska filozofia, to nawet kiepska mistyka.

– Nie – odpowiedziałem z uporem – nie chodzi mi o człowieka. Może być, że pewnymi rysami odpowiadałby tej prowizorycznej definicji, ale to tylko dlatego, że jest pełna luk. Człowiek wbrew pozorom nie narzuca sobie celów. Narzuca mu je czas, w którym się urodził, może im służyć albo buntować się przeciw nim, ale przedmiot służby czy buntu jest dany z zewnątrz. Aby doświadczyć całkowitej wolności poszukiwania celów, musiałby być sam, a to się nie może udać, gdyż człowiek nie wychowany wśród ludzi nie może stać się człowiekiem. Ten… mój to musi być istota pozbawiona liczby mnogiej, wiesz?

– Ach – powiedział – że ja od razu…

I wskazał ręką za okno.

– Nie – sprzeciwiłem się – i on nie. Najwyżej jako to, co ominęło w swoim rozwoju szansę boskości, zbyt wcześnie zasklepiwszy się w sobie. On jest raczej anachoretą, pustelnikiem kosmosu, a nie jego bogiem… On się powtarza, Snaut, a ten, o którym myślę, nigdy by tego nie zrobił. Może powstaje właśnie gdzieś, w którymś zakątku Galaktyki, i niebawem zacznie w przystępie młodzieńczego upojenia gasić jedne gwiazdy i zapalać inne, zauważymy to po jakimś czasie…

– Jużeśmy zauważyli – rzekł kwaśno Snaut. – Novae i Supernovae… czy to są według ciebie świeczki jego ołtarza?

Zacytowałem więcej niż zamierzałem. Tak to już wyszło.

Więc, przykładanie do tego człowieka, to kiepska filozofia. Ale przyłożenie człowieka pozbawionego człowieczeństwa, człowieka coraz mniej cielesnego, a jednocześnie coraz bardziej zamkniętego w materii – sięgającej coraz dalej, ale nie „wyżej”. Co mam na myśli? To, że jeśli spojrzymy na człowieka, jako na symetriadę, na całość życia biologicznego jak na ocean cytoplazmy, widzimy, że na ziemi mamy większe zadatki na Boga Ułomnego niż sam Solaris.

Dlaczego tylko całość życia biologicznego? Cała energia i materia, powoli przepływające między sobą, jest zamknięta w swojej nieskończoności. Umyka mi jakiś szczegół z modelu fizyki? Nieważne, dodajmy go do rachunku, i dalej wszechświat nieskończony jest zamknięty.

Przez fatalizm (bo gdzieś po drodze wolną wolę nazywam złudzeniem), docieramy do solipsyzmu, solipsyzmu niepsychicznego boga. Bo przecież nie ma świadomości jako takiej, tak, jak nie ma jej Ocean Spokojny, Ziemia, Ocean na Solaris, czy necrosfera z „Niezwyciężonego”. A solipsyzmu, żadnego, tego fizycznego-kwantowego też, nie da się tłumaczyć racjonalnie.

Taka religia, okazuje się być jednak potrzebna, chociażby mi.

Necrosfera „Niezwyciężonego”

Gdzieś we wspominanym Człowieku Poszerzonym, moim opus magnum, wspomniane jest odrzucenie  form biologicznych, i rozpływanie się w elektronowej nirwanie… dlaczego piszę od tym pod „Niezwyciężonym”?  Przez to, że choć na poziomie ducha ma to więcej wspólnego z Solaryjskim oceanem, to fizycznie oznacza to coraz większe odejście od życia, swoisty nowy humanizm czystej, coraz czystszej myśli bezosobowej. Nieważne.

„Muszki” bardzo przypominają nanity (niestety, mało prawdopodobne, że przyjdzie mi z nimi pracować, ale postaram się). Przypominają też coś pomiędzy człowiekiem, a oceanem Solaris. Karanie ich za zniszczenia jakie zadają przypomina biczowanie oceanu za zatopienie statku, ich chmura nie ma świadomości, nie jest osobowa. Stanowią żywioł.

Człowiek w „Niezwyciężonym”, otoczomy swoimi automatami bardzo je przypomina. Chociaż sam jest „Makro” a przez to skazany na klęskę, w swoim działaniu wygląda niemal dokładnie jak pojedynczy Y kryształek.

Marzenie o filmie

„Niezwyciężony” pobudził moją wyobraźnie też na inny sposób. Chcę go zekranizować. To materiał na naprawdę piękny film science-fiction, taki jakiego brakuje. Co za piękno!

Daję sobie na to pięć lat, wtedy będę mógł zrobić w najgorszym wypadku przyzwoity film animowany. W najlepszym, nieprawdopodobnym, porządny film 3d.

Posłowie

Całe szczęście, że ten nieskładny bełkot nie nabiera mocy wydruku papierowego – wtedy sumienie nie pozwoliłoby mi go publikować. Jednak, jako że to blog, nie lękam się chwili kiepskiej filozofii i kiepskiej mistyki. Jest późno, a ja jestem przerażony otwartym oknem, i każdym szmerem. Dopadają mnie nocne lęki.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Myśli o Solaris i „Niezwyciężonym”

  1. (Nie ma to jak wykopać wątek sprzed czterech lat…)

    „Solaris” czytałem zaledwie trzy razy, jakoś nie przepadam za tą książką. Za dużo filozofii, o wiele za dużo abstrakcyjnych opisów przyrody. Nie moja broszka. Natomiast „Niezwyciężonego” przerabiałem chyba z dziesięć razy, w tym także w wersji audio (Audioteka zrobiła doskonałą Superprodukcję na bazie tej powieści). Ta książka się nie starzeje moralnie! I masz rację, aż dziwne, że nikt dotychczas nie nakręcił filmu. Jeżeli będziesz pierwszym, chcę bilet w loży dla vipów ;)

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s